
Falkonet (półfalkon, sokolik) – niewielkie bezkomorowe działo o długiej lufie, rodzaj artyleryjskiej broni odprzodowej używanej w XVI i XVII wieku.

Odlewane z brązu, mosiądzu, później z żelaza, było rodzajem kolubryny (tzw. oktawa kolubryna), strzelającej kulami o wagomiarze 1–3 funtów (kaliber 55–70 mm).
Jako działko okrętowe umieszczano je na burcie okrętu bądź na kasztelu (zazwyczaj na ruchomej, widlastej podstawie) i stosowano głównie podczas abordażu, do ostrzału na niewielką odległość kulami lub siekańcami.
Na lądzie falkonetu używano jako lekkiego długolufowego działka polowego piechoty lub w artylerii fortecznej małych zameczków. Z lufą długości 28-40 kalibrów, przy ciężarze 5-10 cetnarów (pon. 300 – pon. 600 kg) przewożono je w 1-2-konnym zaprzęgu, a strzelano z niego ołowianymi bądź żelaznymi kulami o wagomiarze 2-3 funtów. W ówczesnej Polsce często nazywano je sokolikiem albo śmigownicą. Ze względu na zastosowanie broń ta w polskim słownictwie często mylona jest z działkiem relingowym, które było mniejsze, lecz spełniało identyczne zadania.
Prawdopodobnie ostatni raz Polacy używali tego typu działa podczas powstania styczniowego. Stosowano dla niego wtedy polskie określenie śmigownica. Zachowały się wspomnienia Aleksandra Zdanowicza o wykorzystaniu takiej śmigownicy w dniu 24 lutego 1863 w trakcie bitwy pod Małogoszczem. Świadek opisuje użycie tej broni w następujący sposób (pisownia oryginalna):
wynioślejsze wzgórze pokryte lasem, na skraju którego dwa nasze działa i jedna długa śmigownica starem żelaztwem bezustannie pluły w oczy Moskalom
Działa nasze celowane przez doświadczonych oficerów Dąbrowskiego z artylerii pruskiej i Wiercińskiego z artylerii moskiewskiej, dotkliwe szkody przynosiły Moskalom; za każdym strzałem widać było między nimi wielkie zamieszanie, mimo to pchano ich naprzód. Około godziny 4-tej już zabrakło amunicji, działa ucichły i tylko jeszcze śmigownica dała kilka strzałów.
Wtedy bez komendy kosyniery chwycili za lawety i ściągnęli działa z pozycyi, powlekli do stawu i zatopili, gdyż nie było sposobu wyciągnąć ich na bardzo stromą górę, a innego przejścia nie było. Do śmigownicy zaprzęgli jedynego konia, który uszedł śmierci i dopomagając ciągnąć i popychając z tyłu, ocalili ją.
Obrałem dobry kierunek, gdyż w wąwozie naprzeciwko zastałem Langiewicza i Jeziorańskiego wraz ze sztabem i około 300 ludzi – znalazła się tam i śmigownica, którą z radości uściskałem, jak starą przyjaciółkę.